Krystyna Lenkowska

poetka, anglistka

Preteksty literackie

Dzialy: KULTURA

O sobie:
Po wielu latach pracy jako lektorka języka angielskiego oraz DOS (director of studies) własnej szkoły językowej, postanowiłam skupić się na czymś co, na ogół, bywa mało intratne, a konkretnie na literaturze. Czytam, piszę, publikuję w periodykach literackich w Polsce, USA, na Bałkanach ?, wydaję książki poetyckie (do tej pory 7), tłumaczę poezję Emily Dickinson (zuchwale aspirując do kanoniczności przekładu), wyjeżdżam na festiwale literackie oraz do domów pracy twórczej (Szwajcaria, Hiszpania? ); wciąż uczę oraz uczę się języków.

O blogu:
Będą to moje noty i wtręty kuLturalne i kuRturalne, głównie literackie, a nawet poetyckie. Nie mam doświadczenia w pisaniu blogów. Przeczuwam, że w sensie ?gatunku literackiego? najbliżej mu do sylwy ponowoczesnej, czyli postmodernistycznej (sylwa: dzieło nierespektujące jednorodności gatunkowej, głównie poetyka kolażu; negatywne odwoływanie się do zastanych wzorców; heterogeniczność gatunkowa; sygnalizowany przez autora zamysł zburzenia wewnętrznej spójności utworu). O! W miarę doświadczenia, moja informacja o blogu (a może i o sobie) będzie ewoluować; zmieniać się na lepsze lub gorsze, w zależności od tego, kto i jak życzliwy czyta.

Wpływ Loli i jej ogrodu

A A A

Dodano: 18-02-2017

fot. Waldemar Lenkowski

fot. Waldemar Lenkowski

"Opowiedzcie nam o najważniejszym człowieku w waszym życiu" poprosiła pani red. Magdalena Mach Jurka Fąfarę, Bartłomieja "Eskaubla" Skubisza i mnie. Artykuł, pod tym właśnie tytułem, ukazał się w rzeszowskiej Gazecie Wyborczej 23 grudnia 2016 roku. Kilka dni później zobaczyłam go w internecie, wczoraj dotarła do mnie po czasie papierowa gazeta i dziś utrwalam te myśli na blogu BiS. Dziennikarka dała mojej wypowiedzi tytuł "Magiczny ogród Loli".
 
http://rzeszow.wyborcza.pl/rzeszow/1,85548,21160671,opowiesci-o-najwazniejszym-czlowieku.html
 
Osoba, która wpłynęła znacząco na moje życie? Trudne pytanie. Po pierwsze, takich osób jest sporo. Po drugie, jakich kryteriów mam się trzymać? Samych pozytywnych oddziaływań było wiele, bo te negatywne przemilczę (śmiech).
Oczywiste wpływy to, chronologicznie, rodzice i dziadkowie, koleżanki i koledzy, szkoła, przyjaciele.
Myślę jednak ze smutkiem, że nie spotkałam na swojej drodze żadnego koryfeusza. To nie pech ani przeznaczenie. Widocznie sama tak projektowałam swoje młodzieńcze życie. Może w ogólnej PRL-owskiej mizerii, pociągała mnie bardziej konsumpcja niż poszukiwanie autorytetów moralnych. Konsumpcja nie jako manifestacja statusu, ale jako pożądanie rzeczy deficytowej czy niedostępnej, co wtedy kojarzyło się z czymś zakazanym, jak choćby pawiokolorowy wizerunek.
Od konsumpcjonizmu blisko do konformizmu jako braku wyraźnego punktu odniesienia. A jakiż to punkt odniesienia dawały młodym lata 60, 70 i 80 w Polsce? Można by zapytać zarówno ironicznie jak i dyletancko.

Teraz wiem (od Camusa), że konformizm jest jedną z nihilistycznych pokus buntu. Czy to usprawiedliwia mój młodzieńczy brak zapału do poszukiwania prawdziwych autorytetów? Nie wiem.
Dla dzisiejszego myślenia o tym, przyjmę kryterium serdecznej wiary w człowieka. W tym wypadku – we mnie. Nieopierzoną, zalążkową, podatną na zranienie, małość, wielkość, nijakość, w każdą wersję potencjalnej mnie.
Mogłabym tu wspomnieć przyjaciółki (chronologicznie): Jolę Ch., Ewę H. Martę P., a przede wszystkim mojego męża, który około 38 lat temu uwierzył nie tylko mojej młodej twarzy, ale i młodej głowie, kiedy jeszcze ja sama jej nie wierzyłam.
Jednak dziś, najwięcej uwagi w kwestii niekłamanej wiary, poświęcę Loli i Stanisławowi Chmieleckim którzy, nie oczekując niczego w zamian poza spontaniczną obecnością, dali wiarę magii mojego świata, dlatego mógł rozkwitać.
Byłam dzieckiem w wieku 5 – 10 lat kiedy odwiedzałam organistówkę każdego lata niemal codziennie w czasie wakacyjnych pobytów u dziadków w Wysokiej Łańcuckiej. Stanisław Chmielecki był organistą i mieszkał z żoną Lolą (do dziś nie wiem od jakiego imienia był to skrót) tuż przy kościele.
Niby nic szczególnego, starsi ludzie, może nieco samotni, bo dzieci i wnuki „powyrosły”, powyjeżdżały daleko. Magiczny ogród Loli, „egzotyczne” rośliny, niektóre kwiaty tak gęste i wysokie, że mogłam się w nich schować na stojąco (np. cosmos bipinnatus). Huśtawka (deska i stalowe liny), objazdowe kino, pantarki, na które Lola nie wołała „cip, cip”, jak inne wiejskie kobiety na swoje kury, a „chodźcie, chodźcie”. Moje „teatrzyki”, czyli kompozycje kwiatowe w ziemi pod szklanymi mozaikami. Lukrowane serduszka Loli przesyłane w paczce adresowanej ręką organisty, kiedy już jeździłam na kolonie. Fartuch Loli z falbanami, podobny do fartucha Maryli z „Ani z Zielonego Wzgórza”, wyobrażałam sobie. Męski zegarek z dewizką wkładany do górnej kieszonki dwurzędowej marynarki w tenisowe prążki. Organista, nazywany przez żonę Stasiem, wysoki i dostojny w swoim codziennym „surducie”, Lola malutka w kraciastych sukniach.
Chyba wtedy tam, w morzu wolnego letniego czasu, uwierzyłam, że jestem częścią jakiegoś zielono-niebieskiego kosmosu i ten kosmos mi sprzyja. Że niczego nie oczekuję poza moim czystym bezwarunkowym współistnieniem. Z latem, pantarkami, piernikami w kształcie serca, ich imbirowym zapachem i smakiem, dźwiękiem organów, kwiatami kosmosami, a przede wszystkim, z Lolą i Stasiem. Czy byłabym inną osobą bez wpływu tej prostej, nieśpiesznej miłości do mojego świata, który pod ich przemożną ręką stał się nieodwołalnie smaczny jak dzikie winogrono obrastające ganek, ważny jak każde małe istnienie i naturalnie uporządkowany jak obejście organistówki? Nie wiem.
Reklama
 



KOSMOS
                                  
                  Pamięci Loli Chmieleckiej




Ilu ludzi musiało minąć
ile domów
ile ogrodów

żebym zobaczyła wyraźnie
że wtedy co roku w maju
Lola siała

kosmos.
 


Przypomniałam sobie, że już kiedyś wspominałam o Loli na łamach BiS, tutaj:
http://www.biznesistyl.pl/krystyna-lenkowska/123_zazdrosc,-lola,-wislawa-i-inni.html
 
Napisałam wtedy tekst pt. "Zazdrość, Lola, Wisława i inni". I tak wprowadziłam Lolę:
 
(...) Odwracam swoją uwagę od złych emocji, kiedy przypominam sobie, że pani Lola Chmielecka, żona organisty z Wysokiej Łańcuckiej, gdzie w dzieciństwie spędzałam wakacje, zawsze miała czas na uśmiech i dobre słowo (choć też zawsze ręce pełne roboty i niestabilną sytuację materialną; w końcu, kiedy jej mąż osiągnął wiek emerytalny i został na lodzie, nie proboszcz, a gorlicka rodzina zbudowała im w Sękowej mini domek na stare lata, a mój ojciec wystarał się o emeryturę, pisząc setki podań w ich imieniu). Teraz, po wielu latach, kiedy już nie ma Państwa Chmieleckich, uświadamiam sobie, że zazdroszczę im wewnętrznego spokoju i choć daleko mi do tego poczucia sensu wszechświata, myśl o nich poprawia i ociepla złą reputację słowa zazdrość i wszystkich innych „zawistnych słów” w moim prywatnym słowniku. Lola zazdrościła tylko kwiatom i ptakom. Z tej zazdrości-miłości dbała o nie jak o swoje dzieci. Byłam jedną z „jej” ptasich córek. Chyba perliczką. (...)













 

KOMENTARZE

OSTATNIE WPISY NA TYM BLOGU

NAJCZĘSCIEJ CZYTANE WPISY

ARCHIWUM

POLECANE

VIP Marzec-Kwiecień

VIP Marzec-Kwiecień
w numerze m.in.:

• Justyna Garstecka - Motherhood • Wielokulturowa Europa • Oni oraz ,,Mistrz i Małgorzata" • Targi Aerospace w Rzeszowie • Kongres TSLA Expo 2017 • Muzyczny Festiwal w Łańcucie • Zagadki Paniagi
Reklama

NASI PARTNERZY