Reklama

Prowincja nigdy nie była i nie jest jałowa

A A A
Z Markiem Wiatrem, śpiewakiem, malarzem, dyrektorem artystycznym Festiwalu Żarnowiec, rozmawia Aneta Gieroń

Dodano: 18-07-2017

Od lewej: Marek Wiatr i Aneta Gieroń. Fot. Tadeusz Poźniak

Przed Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu. Od lewej: Marek Wiatr i Aneta Gieroń. Fot. Tadeusz Poźniak

Aneta Gieroń: Czy mnie się wydaje, czy jednak jest powszechne przekonanie, że jeśli zażywać kultury, to tylko w dużym mieście?! I... zaskoczył nas Pan Żarnowcem oraz Muzeum Marii Konopnickiej. Prowincja też ma swoje ambicje.
 
Marek Wiatr: Większość największych artystów wywodzi się z prowincji i jakiś fragment swojego życia musiała tam pozostawić, podobnie jak przyjaźnie, wspomnienia. Prowincja nigdy nie była i nie jest jałowa. Sam wywodzę się z rodziny lekarskiej, która od kilku pokoleń starała się w Jedliczu działać na rzecz lokalnej społeczności i nigdy nie unikała kultury. Wręcz przeciwnie. W salonie mojego domu rodzinnego do dziś są obrazy wieszane przez mojego dziadka Zygmunta Tokarskiego, a wśród nich, jego ukochane konie autorstwa Stanisława Studenckiego - ucznia Wojciecha Kossaka,  którego w 1939 roku do domu dziadka przywiózł Stanisław Kochanek, artysta malarz pochodzący z Jedlicza, a mieszkający w Krośnie. 
 
Okolice Jedlicza, Żarnowca na początku XX wieku były bardzo barwnymi adresami. Dziś trochę zapomniane miejsce, ale to właśnie w Żarnowcu ostatnie lata swojego życia spędziła Maria Konopnicka, która w 1903 roku tutejszy dworek otrzymała od narodu polskiego i gdzie do swojej śmierci w 1910 roku spędzała wszystkie wiosenno - letnie miesiące. Szkoda tym bardziej, że pisarka była niezwykle barwną postacią.
 
Była niezwykła z wielu powodów. Znakomita poetka okresu realizmu, nowelistka, pisarka dla dzieci, krytyczka, publicystka, tłumaczka. W swoich czasach szalenie popularna i czytana przez wszystkich. Konopnicka była też niezwykle pracowita i odważna jak na czasy, w których żyła. Mimo że rozstała się z mężem, samodzielnie radziła sobie z wychowaniem sześciorga dzieci, pracą zarobkową oraz nieustannym dokształcaniem.  Dobrze znając około 10 języków obcych, m.in.: niemiecki, francuski, rosyjski, czeski, angielski oraz włoski, zajęła się przekładami. Tłumaczyła utwory m.in. Heinricha Heinego, Paula Heyse, Edmonda De Amicisa. Jej osiągnięcia jako tłumaczki do dziś są pamiętane, a kilka lat temu Paweł Bukowski, dyrektor Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu, został zaproszony do Rzymu, gdzie Konopnicka otrzymała dyplom Ambasadora Kultury Rzymu za kultywowanie swojej twórczości i tłumaczenia na język włoski. Był również zaproszony do Genui, gdzie poetka mieszkała przez pół roku i w 2010 roku z tej okazji odsłonięto tablicę Jej poświęconą. 
 
W 1889 roku poznała malarkę Marię Dulębiankę, z którą pozostawała w głębokiej przyjaźni. Dulębianka wprowadziła się wraz z Konopnicką do dworku w Żarnowcu, gdzie miała swoją pracownię. Razem odbywały stąd podróże do Austrii, Francji, Niemiec, Włoch i Szwajcarii, których klimat służył zdrowiu Konopnickiej.
 
Była nie tylko pisarką ale i działaczką społeczną. Przez wiele lat tułała się po Europie, nie zrywając kontaktów z krajem – w tym czasie była jedną z czołowych organizatorek protestu światowej opinii publicznej przeciw okrucieństwom Prus wobec strajkujących dzieci Wrześni. Patriotka, autorka powszechnie znanej "Roty".
 
Jej obecność w Żarnowcu musiała być też mocno zauważalna wśród okolicznych mieszkańców. 
 
Konopnicka była bardzo emocjonalnie związana z Żarnowcem i jego mieszkańcami. Wielu osób mogło liczyć na jej wsparcie -  zależało jej na edukacji tutejszych dzieci. Była ogromnie wdzięczna za ten dworek, czuła się nim wyróżniona, co było uzasadnione, bo dworki od narodu otrzymała tylko ona w Żarnowcu oraz Henryk Sienkiewicz w Oblęgorku. W tym domu często  bywała też jej najmłodsza córka, Laura Pytlińska, znana krakowska aktorka, u której bywała Wanda Siemaszkowa, znakomita aktorka, dyrektorka rzeszowskiego teatru, który 60 lat temu nazwano jej imieniem. Ten dwór to wspaniała historia Polski i Podkarpacia. W rękach rodziny Marii Konopnickiej pozostawał do lat 50. XX wieku - tutaj do 1956 roku mieszkała Zofia Mickiewiczowa, córka pisarki. W czasie okupacji Zofia udzielała schronienia i pomocy wielu partyzantom. Dworek w Żarnowcu był przez pewien czas siedzibą Inspektoratu AK Krosno. Jej mąż, Adam Stanisław Mickiewicz został aresztowany przez gestapo w 1942 i zginął w Auschwitz-Birkenau. W 1956 Zofia (na kilka miesięcy przed śmiercią), oraz inni spadkobiercy poetki, ofiarowali dworek i park narodowi polskiemu na muzeum biograficzne, a w  1957 roku  otwarto Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu. 
 
Co ciekawe, Maria Konopnicka nie jest jedynym znanym twórcą związanym z Żarnowcem.
 
Miron Białoszewski przez 20 lat przyjeżdżał do Żarnowca, skąd pochodził jego bliski przyjaciel, malarz Leszek Soliński - bohater wielu jego utworów. Ze wspomnień Leszka Solińskiego wynika, że Białoszewski był oszołomiony bogactwem kultury i regionalnych tradycji Podkarpacia, tutejszą nieskażoną przyrodą, którą poznał w trakcie wspólnych wypraw w Bieszczady, Beskid Niski oraz okolice Krosna. Z tamtego okresu pochodzi też kilka wierszy Białoszewskiego inspirowanych miejscami i obrazami z Podkarpacia: "Barbara z Haczowa", "Stara pieśń na Binnarową", "Średniowieczny gobelin o Bieczu", "Ballada krośnieńska", które weszły do tomiku "Obroty rzeczy", który ukazał się w 1956 roku. 
 
W Żarnowcu te wspomnienia są ciągle żywe, ale niedostatecznie wykorzystane i wypromowane, a szkoda.  Żarnowiec to wspaniałe, barwne, pięknie położone miejsce ze wspaniałą historią i ogromnym potencjałem do dziś. Muzeum jest przeuroczym miejscem, z ogromnymi możliwościami. 
 
Na wskroś polskim, a jednocześnie otartym na świat, z nowoczesną, światłą i bardzo inteligentną Konopnicką w tle. 
 
Ona była polską patriotką w najlepszym tego słowa znaczeniu i szkoda, że dziś jest niedoceniona, mimo że mogłaby by być symbolem nowoczesnego patriotyzmu. Nauczyciele z podkarpackich szkół ciągle częściej zabierają młodzież na wycieczkę do Krakowa, czy Warszawy, a pomijają takie miejsce jak Żarnowiec. Szkoda, bo warto wyjeżdżać do dużych miasta, ale i nie zapominać o wartościowych rzeczach, które są na wyciągnięcie ręki. 
 
Historia Marii Konopnickiej splotła się też z historią Pana rodziny. 
 
Mój pradziadek, Feliks Tokarski, który był pierwszym lekarzem w Jedliczu, leczył także Marię Konopnicką z pobliskiego Żarnowca. Absolwent medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim, po studiach otrzymał przydział do pracy w Kołaczycach, gdzie mieszkał przez kilka lat i gdzie urodził się jego syn, a mój dziadek, Zygmunt Tokarski. W tamtym czasie Jedlicze przeżywało swój rozkwit - na początku XX wieku tworzył się tutaj przemysł naftowy, ściągali przedsiębiorcy, inżynierowie, robotnicy, a tereny zdawały się bardzo atrakcyjne do zamieszkania. W 1905 roku do Jedlicza przybył też mój pradziadek z rodziną. Tutaj kupił działkę i wybudował dom, który do dziś stoi przy ulicy Tokarskich w Jedliczu, a obok niego drugi dom Tokarskich, który wybudował Zygmunt Tokarski. Mój pradziadek Feliks, a potem dziadek, Zygmunt Tokarski, byli pionierami medycyny przemysłowej na Podkarpaciu. Pradziadek leczył nie tylko pracowników, ale i okolicznych mieszkańców, tak też poznał się z Marią Konopnicką, która wspominała o nim w korespondencji do  Marii Dulębianki. I... nie były to miłe słowa, bo pisarka skarżyła się na mojego pradziadka. Trudno się w tym jednak doszukać jakichkolwiek zaniedbań, Konopnicka w tamtym czasie już bardzo poważnie chorowała i w 1910 roku zmarła na zapalenie płuc w czasie pobytu w sanatorium we Lwowie. 
 
Dziadek, Zygmunt Tokarski leczył z kolei Zofię Mickiewiczową, córkę pisarki. W lekarską rodzinę Tokarskich, wżenił się mój ojciec, Zbigniew Wiatr, też lekarz i wspólnie z dziadkiem, Zygmuntem Tokarskim prowadzili praktykę lekarską w Jedliczu oraz bardzo aktywnie działali na rzecz tutejszej społeczności. Przed II wojną światową, dziadek Zygmunt był nawet wójtem Jedlicza.
 
 
Marek Wiatr. Fot. Tadeusz Poźniak
 
 
A w domu  toczyły się nieustanne dyskusje o Polsce, polityce i kulturze?
 
Reklama
Życie towarzyskie było bardzo ważne. W naszym domu bywali m.in. Leon Wyczółkowski, Emil Zegadłowicz, ambasador i wiceminister spraw zagranicznych, Alfred Wysocki miał obok swój dom i często też u nas gościł. Rodzina zaprzyjaźniona była z Magdaleną Samozwaniec, córką Wojciecha Kossaka, a w czasie okupacji schronie  w domu Tokarskich w Jedliczu znalazł malarz - batalista, Stanisław Studencki. 
 
Dziadek Zygmunt uwielbiał otaczać się artystami, pisarzami, inżynierami, do końca życia pięknie grał Chopina, którego uwielbiał, a jako młody chłopak brał lekcje muzyki u prof. Sztompki. Znakomicie wykształcony, był absolwentem przedwojennej szkoły jezuitów w Chyrowie, gdzie kształciły się przedwojenne polskie elity. Po studiach medycznych w Krakowie przez 3 lata pracował w szpitalu w Katowicach, a do Jedlicza powrócił z żoną Adelą, która pochodziła z lekarsko - wojskowej rodziny. To właśnie w Jedliczu, u swojego szwagra, a mojego dziadka, doktora Zygmunta Tokarskiego, w przychodni miejscowej Kasy Chorych, swoją praktykę rozpoczął brat mojej babki Adeli, Marian Ciepielowski. Wspaniały lekarz - w czasie II wojny światowej, w obozie w Buchenwaldzie organizator unikalnej dywersji, dzięki której 30 tys. niemieckich żołnierzy na froncie wschodnim  na tyfus plamisty zaszczepionych zostało fałszywą, bezwartościową szczepionką, a prawdziwy specyfik został wykorzystany do leczenia więźniów obozu. Drugim bratem babki Adeli był pułkownik Władysław Ciepielowski, uczestnik wojny polsko – bolszewickiej w oddziale dowodzonym przez Leopolda Lisa – Kulę; a w latach 30-tych jeden z dowódców 17. pułku piechoty w Rzeszowie. Szwagrem zaś płk. Władysław Dec, znany dowódca spod Narwiku i Falaise, przyjaciel generała Stanisława Maczka. 
 
Pan zaś w trzecim pokoleniu odszedł od tradycji lekarskich w rodzinie i został śpiewakiem operowym. 
 
Od dziecka wiedziałem, co chcę w życiu robić - malować oraz śpiewać i bardzo byłem w tym konsekwentny. Atmosfera domu, w jakim wyrosłem, ukształtowała mnie na całe życie. Nigdy też nie wyobrażałem sobie, bym kiedykolwiek opuścił dom, który wybudował mój dziadek Zygmunt Tokarski. Dziś willa w stylu południowo włoskim według projektu krakowskiego architekta Wacława Wallisa jest w rejestrze zabytków, a ja zbieram wszystkie rodzinne pamiątki i zdjęcia. Czuję się strażnikiem tego miejsca. 
 
Przed laty ukończyłem Akademię Muzyczną w Krakowie w klasie śpiewu prof. Heleny Szubert - Słysz, a następnie kształciłem się w Weimarze na kursach mistrzowskich pod kierunkiem znakomitego barytona Pawła Lisitziana,  jednego z największych śpiewaków w historii opery, a który 28 lat śpiewał w Teatrze Wielkim w Moskwie i był pierwszym śpiewakiem po Fiodorze Szalapinie, któremu pozwolono wyjechać z Rosji na występ do Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Od niego otrzymałem pierwsze propozycje współpracy. Uważał, że jako tenor z włoską barwą głosu mam szanse z sukcesem realizować się w zawodzie śpiewaka. Z malarstwa też do końca nie zrezygnowałem i kształciłem się pod okiem Stanisława Kochanka, a potem w pracowni prof. Alojzego Siweckiego. Gdy zaczynałem studia, byłem już żonaty, miałem dzieci i wiedziałem, że rodzina jest dla mnie najważniejsza. Marzyłem o świecie, podróżach, ale nigdy nie chciałem opuścić domu rodzinnego w Jedliczu, który wybudował mój dziadek Zygmunt - tutaj czuję się najlepiej. Jednocześnie miałem na tyle dużo szczęścia w życiu, że udało mi się połączyć mieszkanie w Jedliczu i możliwość występowania jako tenor na wielu scenach. W domu moim bywali i bywają najwybitniejsi artyści polscy i zagraniczni. Śpiewam w Polsce, za granicą, od wielu lat jestem dyrektorem artystycznym festiwalu w Żarnowcu, udało mi się zorganizować prawie 40 wystaw mojego malarstwa i to sprawia mi autentyczną satysfakcję.
 
Lekarska tradycja, na szczęście odrodziła się w trójce moich dzieci. Łukasz jest ortopedą, Tomasz urologiem i jeszcze świetnie rysuje, Justyna robi specjalizację z neurologii i ma piękną barwę głosu oraz możliwości wokalne. Kilka razy udało się nam wspólnie wystąpić na scenie. 
 
Osiedlając się na stałe w Jedliczu, nigdy nie nachodziły Pana myśli, że jednak coś w życiu umknęło? 
 
Nie, nigdy tak  nie uważałem. Zawsze miałem dystans do siebie i do tego, co robię. Byłem dumny, gdy udało się współorganizować m.in. rocznicę 100 - lecia przybycia Marii Konopnickiej do Żarnowca, która przypadła w 2003 roku.  Od 13 lat coraz piękniej rozwija się Festiwal Żarnowiec, który w tym roku odbędzie się od 1 do 3 września. W tym terminie całe życie kulturalne Jedlicza i Krosna skoncentruje się właśnie w Żarnowcu. Przyjadą goście z całej Polski, a przed dworkiem co wieczór usiądzie ponad 1000 osób. W tym roku wystąpią min. Marek Piekarczyk z musicalem poświęconym Krzysztofowi Klenczonowi. Będzie opera "Carmen" w wykonaniu Opery Śląskiej w Bytomiu, w reżyserii Wiesława Ochmana, a w niedzielę, 3 września Walce Straussa z Festiwalową Orkiestrą Johanna Straussa z Katowic i Baletem Opery Śląskiej oraz gala operetkowa z udziałem solistów z Opery Lwowskiej i Bytomskiej. Dzięki Festiwalowi Żarnowiec chcemy kulturę wysoką wprowadzić  do masowej wyobraźni. Od początku w to wierzyłem i uważam, że jest to potrzebne. 
 
I okazuje się, że kultura na prowincji  nie musi być festynem z darmową kiełbasą, ale wartościową treścią.  
 
Wbrew powszechnym opiniom i wyobrażeniom, ludzie chcą wartościowych rzeczy. Od lat mieszkańcy Żarnowca przychodzą na festiwal, na który czekają i są zachwyceni. Kiedyś Wiesław Ochman powiedział mi, że dworek Marii Konopnickiej zobowiązuje i w takim miejscu musi być wysoki poziom artystyczny. Na bylejakość nie ma tutaj miejsca.
 
Czuje się Pan spadkobiercą społecznikowskich ambicji dziadków Tokarskich?
 
Ważne jest, by umieć inspirować innych do rzeczy wartościowych i mądrych. Uważam, że już 100 lat temu Maria Konopnicka inspirowała i pokazywała mieszkańcom Żarnowca oraz okolic inne możliwości, rozbudzała ambicje i pomagała je spełniać. To niezwykle ważne także dziś, gdy prowincjonalne miejscowości ubożeją, są spychane na margines, także finansowy i gdzie kulturę uważa się za fanaberię. Większe pieniądze zostały scentralizowane w dużych miastach, a przecież Polska prowincjonalna jest, żyje, ma swoje oczekiwania i potrzeby, a przede wszystkim ogromny potencjał w młodych ludziach, którym trzeba pokazać,  co jest wartościowe. Przed laty rafineria w Jedliczu zatrudniała 2,5 tys. pracowników, dziś zostało 180 osób. Jeszcze kilka lat temu festiwal w Żarnowcu miał spore grono sponsorów, dziś mogę ich policzyć na palcach jednej ręki.  
 
Przed wojną Jedlicze było kosmopolityczne, miejscowością z ambicjami. Dziś jest problem z oddziaływaniem na młode pokolenie, bo i kto ma inspirować?
 
Jest problem z budowaniem miejscowych elit, w ogóle Polska cierpi na brak elit i jest to jeden z największych dramatów III RP. Młodzi ludzie wyjeżdżają z Jedlicza do większych miast i już tutaj nie wracają. Dwójka moich dzieci też osiadła w Krakowie, bo w takich miejscach jak Jedlicze  nie ma większych perspektyw na utrzymanie siebie i rodziny. Brak pracy i zrównoważonego rozwoju - to są dziś największe przekleństwa Polski prowincjonalnej.
 
Festiwal Żarnowiec ma już swoją renomę, ale to chyba ciągle za mało, by mówić o wykorzystanym potencjale miejsca.
 
To prawda, ciągle wydaje się trochę niemodne, staroświeckie, jeszcze dużo pracy przed nami. Kiedyś Krzysztof Globisz podpowiedział mi, by zrobić koncert z raperami, którzy występowali by z utworami Konopnickiej. Spodobał mi się ten pomysł,  bo pozwoliłby Konopnicką odkryć na nowo, a zasługuje na to jak mało kto. 
 
Konopnicka do Żarnowca zawsze wracała. Zachwycona Europą, tutaj również umiała podtrzymać kosmopolityczną atmosferę i mentalność. 
 
Bo to jest możliwe, ja też w to wierzę. Przyjeżdżali do nas Wiesław Ochman, Grażyna Brodzińska, Hanna Banaszak i dostrzegali w Żarnowcu coś więcej, niż tylko prowincjonalną miejscowość, gdzieś w Polsce.  Jeden z kolegów z Teatru Wielkiego, Andrzej Marian Jurkiewicz, wielbiciel Konopnickiej tak emocjonalnie przeżywał występ tutaj, że  klęcząc na scenie dostał migotania przedsionków. Na szczęście wszystko  dobrze się skończyło, ale to w nieco przerysowany sposób, ale jednak podkreśla, jaką perełką jest Żarnowiec.  
 

 
Marek Wiatr, artysta, śpiewak, malarz, grafik, współtwórca i dyrektor artystyczny Festiwalu Żarnowiec od 13 lat organizowanego w Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu. W swoim dorobku ma około 40 wystaw krajowych i zagranicznych. W 2001 roku swoje obrazy prezentował  na wystawie zbiorowej m.in. z Wiesławem Ochmanem, Zdzisławem Beksińskim i Jerzym Dudą - Graczem w Nowym Jorku. 

KOMENTARZE

Reklama

Prowincja nigdy nie była i nie jest jałowa

Z Markiem Wiatrem, śpiewakiem, malarzem, dyrektorem artystycznym Festiwalu Żarnowiec, rozmawia Aneta Gieroń

Tradycyjne smaki Podkarpacia. Kozie sery z Beskidu Niskiego

Ojciec, dwóch synów, a teraz jeszcze i wnuk - prowadzone przez rodzinę Maziejuków Gospodarstwo "FIGA", od lat specjalizuje się w wyrobie ekologicznych serów z mleka koziego. W dodatku...

Polak na wakacjach. Felieton Magdaleny Zimny - Louis

Ponieważ w języku angielskim wykłócałam się z recepcjonistką hotelu, Nieprzyjemną Ritą, stojąca obok para Polaków nie zorientowała się, że ta pyskata kobitka z pretensjami na ustach...

Reklama

Janusz Fudała odchodzi z RARR

Janusz Fudała, od 3 lat prezes Rzeszowskiej Agencji Rozwoju Regionalnego, został prezesem spółki Orlen Oil z siedzibą w Krakowie, słynącej z produkcji i sprzedaży środków smarowych dla przemysłu oraz motoryzacji. Pełniącą obowiązki...

Hygge - wytrych do szczęścia. Felieton Krzysztofa Martensa

Co to za diabeł? Hygge oznacza, że jest fajnie, intymnie, sympatyczne, błogo. Najważniejszy jest nastrój, stonowane światło płynące z migoczących płonących świeczek, grupa...

Nad zgliszczami Aleppo. Felieton Jarosława A. Szczepańskiego

Moje najwcześniejsze dziecięce wrażenia wzrokowe to wszechobecne gruzowiska. Mieszkaliśmy na gdańskim Dolnym Mieście kilkaset metrów od Starówki, więc każdy spacer z mamą...

Jak znaleźć przodka i przeżyć pasjonującą przygodę

Alina Bosak: Wspomnienia, dzienniki, pamiętniki – rosną w księgarniach działy z takimi dziełami. Wydaje się też, że coraz więcej osób szuka swoich przodków. Czy to prawda?

Józef Wilkoń. Genialny ilustrator i jego ślady na Podkarpaciu

Książki z ilustracjami Józefa Wilkonia wydano niemal we wszystkich krajach Europy, w obu Amerykach, w Azji i Afryce. Opublikowano je nawet w kilku narzeczach murzyńskich...

zobacz więcej

POLECANE

VIP Czerwiec-Lipiec

VIP Czerwiec-Lipiec
w numerze m.in.:

• Krzysztof Tokarz - Być najlepszym • Prowincja nigdy nie była jałowa • W świecie komiksu Wojciecha Birka • Kongres TSLA Expo 2017 • Podkarpackie start-upy • Rzeźby Józefa Wilkonia • Podkarpacka kwatera Hitlera
http://www.swiatpogody.pl
Reklama

NASI PARTNERZY